Brak obowiązku szczepień, ale wsparcie ze strony państwa

brakobowiazkuszczepien.jpg

Szczepienie dzieci nie jest w Wielkiej Brytanii obowiązkowe, ale wspierane przez publiczną służbę zdrowia (NHS) i dostępne bezpłatnie u lekarza rodzinnego. Eksperci ostrzegają, że mity na temat szczepionek wciąż wymagają edukowania opinii publicznej.

Rekomendowane jest, by w pierwszych miesiącach życia dzieci otrzymały szczepionkę "sześć w jednym" (m.in. przeciwko błonicy, tężcowi, krztuścowi, chorobie Heinego-Medina), a także zapaleniu opon mózgowo-rdzeniowych typu B, pneumokokom i rotawirusom. Tuż po ukończeniu roku dochodzi do tego szczepienie przeciwko odrze, śwince i różyczce (MMR), a następnie - od tego roku po raz pierwszy - pomiędzy drugim a piątym rokiem życia także na grypę.

Dziewczynkom pomiędzy 12 a 13 rokiem życia rekomenduje się także zaszczepienie przeciwko wirusowi brodawczaka ludzkiego (HPV), który jest główną przyczyną raka szyjki macicy.

W miarę rozwoju dziecka proponowane są również dawki wspomagające szczepienia przeciwko głównym chorobom. Inaczej niż w Polsce rekomendowana lista szczepionek nie obejmuje gruźlicy - poza regionami kraju, w których ryzyko zachorowania jest wyższe od przeciętnego.

Największe kontrowersje w debacie publicznej wywołuje szczepionka przeciwko odrze, śwince i różyczce. Według statystyk NHS w ciągu ostatnich 12 miesięcy poziom zaszczepienia czwarty rok z rzędu spadł, osiągając 91,2 proc. - poniżej rekomendowanego przez Światową Organizację Zdrowia progu odporności zbiorowiskowej (95 proc.).

Profesor pediatrii z Uniwersytetu w Bristolu Adam Finn tłumaczył w sierpniu br. w rozmowie z "Telegraphem", że częściową odpowiedzialność za ten problem ponoszą opublikowane 20 lat temu badania Andrew Wakefielda, który w artykule dla czasopisma naukowego "The Lancet" sugerował na podstawie 12-osobowej grupy badawczej związek MMR z autyzmem, co wywołało dramatyczny spadek liczby szczepień przeciw tym chorobom.

Choć Wakefield został później wykreślony z rejestru lekarzy, dziennikarze ujawnili jego konflikt interesów w związku ze współpracą z grupą chcącą udowodnić szkodliwość szczepionek, oryginalny artykuł został wycofany przez magazyn, a jego wnioski wielokrotnie zakwestionowane przez serię nowszych badań na większych próbach, to skutki tamtych kontrowersji wciąż są odczuwalne w brytyjskiej debacie publicznej.

"Wiele osób postrzega tę szczepionkę jako kontrowersyjną; (...) istnieje ten element wątpliwości, którego wcześniej nie było" - wyjaśniał Finn, dodając, że w pokoleniu urodzonym w trakcie trwania skandalu wiele osób nie otrzymało niezbędnego szczepienia, a teraz, gdy wchodzą w wiek studencki, łatwiej mogą wejść w kontakt z tymi chorobami.

"Odra jest niezwykle zaraźliwa i jeśli ktoś nigdy jej nie przeszedł oraz nie przyjął szczepionki, można to trochę porównać do bycia w suchym lesie i czekania na kogoś, kto przyjdzie z zapałką" - powiedział akademik.

Dr Joanna Bagniewska z Uniwersytetu Oksfordzkiego tłumaczyła w rozmowie z PAP, że "Wakefield doskonale wykorzystał sytuację, w której wzrosła diagnozowalność autyzmu, ale opinii publicznej nie podano żadnych przyczyn, które do tego doprowadziły".

"W mediach pojawiała się wręcz błędna hipoteza, że autyzm rozwija się u dzieci ze względu na matki, które stosują zimny chów, więc za mało dbają i przytulają swoje pociechy. Tłumaczenie Wakefielda, że to nie ich wina, ale koncernów farmaceutycznych i szczepień - choć równie nieprawdziwa - była znacznie atrakcyjniejsza, przenosząc fałszywą odpowiedzialność z rodziców na korporacje" - powiedziała.

Bagniewska, która zajmuje się popularyzacją nauki, na podstawie prowadzonych na uniwersytecie badań oceniła, że twarda grupa antyszczepionkowców to zaledwie kilka procent brytyjskiej populacji.

"Większym problemem są ludzie, którzy się wahają lub spóźniają ze szczepionkami: oni niekoniecznie są jednoznacznie przeciwko nim, ale mają wątpliwości i zwlekają z podjęciem decyzji, co naraża na ryzyko całą populację przez spadającą odporność zbiorową" - wyjaśniła.

W 2018 roku na terenie Anglii i Walii odnotowano 760 podejrzewanych przypadków odry - ponad dwa razy więcej niż w całym roku 2017 - które zidentyfikowano m.in. w dużych miastach: Londynie, Birmingham, Liverpoolu, Leeds i Cardiff.

Choć formalnie choroba została uznana za zwalczoną, to uważa się, że za wzrost odpowiedzialne są głównie podróże niezaszczepionych dzieci i dorosłych do państw, w których istnieje większe ryzyko zarażenia, np. do Włoch i Rumunii.

Z Londynu Jakub Krupa (PAP)