Jan Tomaszewski, "człowiek, który zatrzymał Anglię", kończy 70 lat

jantomaszewskiczl.jpg

"Najważniejszym meczem w moim życiu był ten przegrany 1:3 z RFN w debiucie w reprezentacji w 1971 roku, najszczęśliwszym - z Anglią na Wembley, a najlepszym - ze Szwecją na mundialu 1974" - mówi PAP Jan Tomaszewski. Legendarny polski bramkarz we wtorek kończy 70 lat.

"Moje zdrowie? Czuję się wspaniale. Kiedy zostałem posłem (w 2011 roku, do 2015 - PAP), zacząłem robić codziennie 10 tysięcy kroków. Zdaniem fizjoterapeutów człowiek w starszym wieku powinien właśnie tyle przemierzyć. Można powiedzieć, że mój trening składa się ze spacerów i jazdy rowerem, w sumie od półtorej do dwóch godzin dziennie" - powiedział 63-krotny reprezentant Polski.

Jak przyznał, na te 10 tysięcy kroków składają się m.in. spacery z psem.

"A później wsiadam na rower. Do sklepu mam 3-4 kilometry, więc korzystam z tego środka lokomocji. Podobnie jak wtedy, gdy chcę pojechać na ul. Piotrkowską, np. na kawę. Po Łodzi prawie wcale nie poruszam się samochodem. Używam auta tylko wówczas, gdy muszę zrobić jakieś większe zakupy" - dodał.

Urodził się 9 stycznia 1948 roku we Wrocławiu; w tamtejszych klubach - w Śląsku i Gwardii - zaczynał. W latach 1970-72 reprezentował stołeczną Legię, ale na Łazienkowskiej nie był wiodącą postacią. Najlepszy okres jego kariery przypadł na czas występów w ŁKS Łódź (1972-1978), gdy stał się czołowym zawodnikiem piłkarskiej reprezentacji.

Początki w kadrze narodowej były jednak trudne, w debiucie Tomaszewskiego w październiku 1971 roku Polska przegrała z RFN 1:3 w eliminacjach mistrzostw Europy, a krytykowany bramkarz na półtora roku pożegnał się z zespołem narodowym. Kolejny mecz w koszulce z orłem rozegrał w marcu 1973 roku i od tej pory trudno było sobie wyobrazić polską bramkę bez Tomaszewskiego.

Dwukrotnie wystąpił w mistrzostwach świata (1974, 1978). Podczas pierwszego z tych turniejów, w RFN, zajął trzecie miejsce, a dwa lata później wywalczył w Montrealu wicemistrzostwo olimpijskie.

17 października 1973 roku wziął udział w słynnym meczu z Anglią na Wembley. Remis 1:1 dał biało-czerwonym awans na niemiecki mundial. Tomaszewski, nazwany "człowiekiem, który zatrzymał Anglię", przyznał, że tamto spotkanie wcale nie było udane w jego wykonaniu.

"To nie był mój najlepszy mecz, ale najszczęśliwszy. Popełniłem wówczas masę błędów, jednak pan Kazimierz Górski tak to zaprogramował, że każdy walczył za każdego. Byliśmy jak... klocki Lego. Każdy element do siebie pasował i wszyscy doskonale się uzupełnialiśmy. Mnie pan Kazimierz tak nastawił, że wychodziłem do górnych piłek, a kolegów w taki sposób, że mieli wówczas wskakiwać do bramki. I gdy popełniałem błędy, oni je naprawiali. W innych sytuacjach to ja ich wspomagałem. Człowiek, który zatrzymał Anglię, składał się więc z 12 części - pana Kazimierza i 11 piłkarzy" - tłumaczył jubilat.

Turniej finałowy w RFN był popisem tamtej drużyny. Biało-czerwoni wygrali wszystkie mecze w pierwszej fazie grupowej: z Argentyną, Haiti i Włochami, a ostatecznie zajęli trzecie miejsce.

"W mistrzostwach, w przeciwieństwie do spotkania na Wembley, zaczynaliśmy grać jak z równym z równym. Właściwie z każdym przeciwnikiem. I mogę powiedzieć, że mecz ze Szwecją (1:0) w drugiej fazie grupowej był chyba najlepszym w moim życiu. Wtedy mógł mnie pokonać nawet... Władek Żmuda, ale wszystko broniłem. Na tym turnieju naprawdę uwierzyłem w siebie" - przyznał Tomaszewski.

Przeszedł wówczas do historii jako pierwszy bramkarz, który podczas jednego turnieju MŚ obronił dwa rzuty karne. Dokonał tego w meczach drugiej fazy grupowej - wspomnianym ze Szwecją i z RFN. Po turnieju słynny Brazylijczyk Pele nazwał go najlepszym bramkarzem świata.

"Powiedział tak z uwagi na te rzuty karne. A ja cały czas uważam, że nie ma dobrze obronionych +jedenastek+, są tylko źle wykonane" - uśmiechnął się Tomaszewski.

Od 1978 roku występował w zagranicznych klubach - belgijskim Beerschot VAC i hiszpańskim Herkulesie Alicante. Z kadrą pożegnał się w listopadzie 1981 roku w towarzyskim meczu z Hiszpanią w Łodzi (2:3), będącym zresztą ostatnim oficjalnym sprawdzianem biało-czerwonych przed mundialem, którego rywale byli w następnym roku gospodarzami.

W swoim piłkarskim życiu widzi podobieństwa do kariery... Kamila Stocha. Jak przyznał, Wembley 1973 było dla niego trochę tym, czym igrzyska olimpijskie w Soczi 2014 dla znakomitego polskiego skoczka narciarskiego.

"Dostrzegam pewne analogie, oczywiście zachowując proporcje. Kamil w Soczi, gdy zdobył dwa złote medale, pokazał swoje możliwości. Tak jak ja na Wembley, przy czym, jak wspomniałem, miałem wówczas sporo szczęścia. I teraz nasz wspaniały skoczek potwierdza klasę, tak jak ja potwierdziłem w MŚ w Niemczech" - wspomniał.

Po zakończeniu kariery próbował swoich sił jako trener. Był np. w sztabie szkoleniowym reprezentacji Polski (1989-90), prowadził krótko łódzki Widzew. Później zajmował się m.in. działalnością gospodarczą, pracował jako specjalista ds. marketingu. Był felietonistą sportowym i komentatorem telewizyjnym, napisał dwie książki. Od lat jest ekspertem telewizyjnym, a w latach 2011-15 był posłem na Sejm.

Wiosną 2015 roku został doceniony przez Irlandzką Federację Piłkarską, która uznała go "międzynarodową osobistością roku".

"Niczego w życiu nie żałuję. Gdybym jeszcze raz się urodził, robiłbym to samo. Popełniłem bardzo wiele błędów, ale one są potrzebne, żeby wyciągać z nich wnioski. Przegrany 1:3 mecz w Warszawie z RFN to najważniejsze spotkanie w mojej karierze. Pół Polski chciało mnie wówczas powiesić, a drugie pół - skazać na banicję. Ale ja się podniosłem. Powiedziałem, że będę pluł krwią na treningach i udowodnię tym wszystkim ludziom, że nie mają racji. Mecz na Wembley był moją słodką zemstą. Na dziennikarzach i wszystkich fachowcach, którzy we mnie zwątpili" - przyznał teraz.

W przeszłości słynął z wielu barwnych i kontrowersyjnych określeń, jak "dziuroland" czy "listkoludki" w odniesieniu do ludzi z Polskiego Związku Piłki Nożnej, "boska drużyna" (jeden Bóg wie, jak zagra - mawiał) czy "wielbłąd", gdy komentował poważny błąd piłkarza, zwłaszcza golkipera.

Nie unikał mocnych słów i konfliktów z ludźmi ze środowiska sportowego. M.in. proces sądowy wytoczył mu były selekcjoner Franciszek Smuda, a niewiele brakowało, żeby podobnie było w przypadku ówczesnego kadrowicza Damiena Perquisa, którego ostatecznie Tomaszewski przeprosił (po wpłynięciu pisma o cofnięciu pozwu sąd umorzył postępowanie o ochronę dóbr osobistych).

W ostatnich latach wypowiedzi Tomaszewskiego są znacznie bardziej stonowane. Reprezentacja Polski i krajowa federacja nie dają mu, jak twierdzi, powodów do krytyki.

"Moim drugim zwycięstwem sportowym było to, że przyczyniłem się trochę do końca istnienia PZPN. Mówię o takim związku, jakim był w przeszłości. Kiedy 26 października 2012 roku Zbyszek Boniek został szefem polskiej federacji, powiedziałem, że to jeden z najważniejszych dni w naszym futbolu. Wtedy Polska była w szóstej, a wkrótce potem w siódmej i ósmej dziesiątce rankingu FIFA. Powiedziałem, że za trzy-cztery lata będziemy w pierwszej dwudziestce świata. Nie spodziewałem się tylko aż tak wysokiego miejsca (obecnie siódme - PAP). Polska Federacja Futbolu, od +Polish Football Federation+, bo tak nazywam obecny PZPN, działa transparentnie, a Boniek jest jednym z najważniejszych ludzi w europejskiej piłce" – przyznał.

W przeszłości Tomaszewski nie tylko krytykował, ale również domagał się zdecydowanych zmian w PZPN.

"W styczniu 2012 roku, gdy byłem posłem, zgłosiłem na sejmowej komisji wniosek o natychmiastowe wprowadzenie komisarza do PZPN. Proponowałem na to stanowisko Bońka. Do Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie pozostawało niespełna pół roku. Przegrałem to głosowanie. Pamiętamy, co się stało w turnieju finałowym (ostatnie miejsce Polaków w teoretycznie najsłabszej grupie A - PAP). Szkoda gadać... A teraz? Jesteśmy dumni z federacji i drużyny narodowej. Na trybunach skończyły się przyśpiewki pod adresem PZPN. Drużyna Adama Nawałki ma, moim zdaniem, realne szanse na półfinał mundialu" – podkreślił.

Mimo dużego optymizmu zaznaczył, że przed polskim zespołem niełatwe zadanie.

"Zaczynają się schody. Wejść na szczyt jest łatwiej, ale teraz trzeba się na nim utrzymać, a to często trudniejsza sprawa. Przechodziłem przez to w swoim życiu. Dla mnie wejściem na szczyt było Wembley, a utrzymaniem mundial 1974" – zakończył jubilat.

Maciej Białek (PAP)