FBI bada, jak mogło dojść do uprowadzenia i rozbicia samolotu w Seattle

fbisprawdzajakdoszlo.jpg

FBI próbuje wyjaśnić, w jaki sposób pracownik naziemny linii lotniczej był w stanie uprowadzić na lotnisku w Seattle, jednym z najbardziej ruchliwych w USA, pusty samolot pasażerski, zapewne w celu samobójczym, i rozbić go, kiedy goniły go wojskowe myśliwce.

Sprawca uprowadzenia, 29-letni Richard Russelll, jak podaje dziennik "The Seattle Times", pracował od trzech i pół roku w towarzystwie lotniczym Horizon Air, stanowiącym część Alaska Airlines, jako członek personelu naziemnego zajmującego się bagażami pasażerów.

Federalne Biuro Śledcze (FBI) nadal próbuje wyjaśnić, w jaki sposób człowiek ten był w stanie uprowadzić samolot linii lotniczych, dla których pracował i wystartować bez przeszkód z lotniska - powiedział na konferencji prasowej agent Jay S. Tabb, szef biura FBI w Seattle.

"To zabierze trochę czasu, bądźcie cierpliwi wobec FBI" - dodał Tabb, zwracając się do dziennikarzy.

Dyrektor wykonawczy Alaska Airlines, Brad Tilden, wyjaśnił ze swej strony, że podejrzany o uprowadzenie samolotu był upoważniony do przebywania w strefie postoju samolotów, nie doszło zatem do naruszenia zasad bezpieczeństwa na lotnisku.

W chwili uprowadzenia turbośmigłowiec Bombardier Q400 był na postoju i nie szykowano go do żadnego lotu.

FBI wykluczyła istnienie powiązań między człowiekiem, który porwał samolot, a organizacjami terrorystycznymi i potwierdziła, że prawdopodobnym motywem uprowadzenia maszyny były zamiary samobójcze porywacza.

Do porwania dwusilnikowego samolotu, mogącego zabierać na pokład 76 pasażerów, doszło na międzynarodowym lotnisku Settle-Tacoma, które w 2017 roku obsłużyło 46,9 mln podróżnych.

Wkrótce po porwaniu Bombardiera, w piątek ok. godz. 20 czasu lokalnego dwa myśliwce F-15 dogoniły samolot pasażerski wykonujący w powietrzu dziwne manewry ("piruety" - jak określił to pilot jednego z myśliwców).

Uprowadzony samolot rozbił się 90 minut po starcie, 45 km od lotniska na wyspie Ketron zamieszkanej przez 20 osób.

Kontrolerzy lotu próbowali przez radio pomóc porywaczowi w opanowaniu maszyny i lądowaniu, prosząc go zarazem, aby nie zbliżał się do miejsc zamieszkanych.

Na nagraniach słychać rozmowy między kontrolerami a porywaczem, do którego zwracają się "Richard" lub zdrobniale "Rich".

Na propozycje pomocy w prowadzeniu samolotu porywacz odpowiada: "Nie, nie potrzepuję wielkiej pomocy, ćwiczyłem to już na grach komputerowych".

Porywacz w rozmowach z kontrolerami kilkakroć wyraża zaniepokojenie, że "nie starczy mu paliwa", martwi się, że "trafi do więzienia", a następnie wypowiada zdanie: "Jestem skończony".

"Wiele osób się o mnie martwi i nie spodoba im się to, co zrobiłem. Chciałbym ich wszystkich i każdego z osobna przeprosić. Jestem tylko rozbitkiem, który ma - jak sądzę - niektóre śrubki nie w porządku. Nigdy dotąd nie zdawałem sobie z tego sprawy" - mówi w pewnym momencie.

Rodzina, przyjaciele i koledzy, którzy pracowali z Richardem Russellem, są wstrząśnięci i zaskoczeni. "To absurdalne, jesteśmy załamani" - mówią najbliżsi.

"Beebo - tak nazywali go koledzy z pracy - był ciepłym człowiekiem, potrafił okazywać współczucie, gdy ktoś znalazł się w kłopotach... Ogromnie sympatyczny, towarzyski, lubiany przez wszystkich" - wspomina jeden z pracowników lotniska.

W wywiadzie dla "Seattle Times" Hannah Holmes, koleżanka z chrześcijańskiego stowarzyszenia Young Life, mówi, że "był tam bardzo ceniony". .

Prezydent USA Donald Trump, który przebywa w klubie w New Jersey, był informowany o cały wydarzeniu - powiedziała rzeczniczka Białego Domu Sarah Sanders.

"Władze federalne udzielają pomocy w dochodzeniach prowadzonych przez władze lokalne" - dodała. (PAP)